TRADYCJA I RZEMIOSŁO

Łukasz Szumiński – trzecie pokolenie kamieniarstwa.

Latem 2004 roku częściej niż zwykle odwiedzałem zakład mojego ojca. Tutaj, na podwórku zastawionym kamieniami wychowywałem się do 6 roku życia. Mam do tego miejsca szczególny sentyment.
Znalazłem wiele kamiennych odpadków. Bezużyteczne kawałki marmurów i granitów pieczołowicie posegregowałem względem rozmiaru. Pierwszym kamieniem, którym się zająłem był biały marmur z Carrary. Marmur to skała metamorficzna, stosunkowo miękka, powstała na skutek przeobrażenia się skały osadowej pod wpływem temperatury wywołanej wysokim ciśnieniem. Przyciąłem go i wyszlifowałem. Zostawiłem kilka rys, ale byłem zadowolony. Następny był czerwony granit. Jest to skała wulkaniczna, składająca się z wielu rodzajów minerałów. Stosunkowo duży procent stanowi kwarc, który zajmując 7 miejsce na skali Mosha czyni granit bardzo twardym. Na tym etapie zrozumiałem jak trudny jest kamień. Poświęcając, co raz więcej czasu, pracowałem, badając różne gatunki granitu. Był śniady, ciemny Impala z RPA, łuskowaty Labrador z Norwegii, pomarańczowy Giallo Veneziano z Brazylii, rodzimy, szary Strzegom, bordowy Imperial Red ze Szwecji i w końcu mój ulubiony czarny Szwed. Spędzając godziny w szlifierni nabrałem szacunku do tego surowca. Poczułem, że każdy kamień ma swoją duszę. Sprawiło mi to wiele radości i bardzo mnie pochłonęło. Poznałem lepiej także czterech pracowników ojca. Dwóch z nich, Rajmund i Jerzy pracują już od ponad 35 lat, a zatrudnieni byli jeszcze przez mojego dziadka!


Tak… Dziadek Ali…
Kiedy patrzę na to wszystko myślę o tym człowieku? On to zbudował. On dał temu początek. On to rozwinął na drodze ciężkiej pracy, dzięki determinacji, wiary w człowieka i poświęceniu dla pasji. Z dumą w sercu mogę pokrótce opowiedzieć historię rzemiosła w mojej rodzinie. Z dumą mogę opowiedzieć o pasji dziadka, która ratując mu życie pozwoliła stworzyć tak wiele. I z dumą mogę opowiedzieć o moim dziadku tak, jak każdy dziadek chciałby, żeby opowiadały o nim jego wnuki.

Mój dziadek był wielkim człowiekiem. W latach 30-tych ukończył liceum plastyczne w Bydgoszczy. Tam nauczył się rzeźbić wykorzystując swój dar. Pod okiem mistrzów przygotowywał się do studiów na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, lecz jego plany pokrzyżowała wojna. Rok po jej wybuchu dziadek został aresztowany za kolportaż podziemnej gazety i przewieziony do Oświęcimia. Dzięki umiejętności pracy w drewnie trafił do działającej dla potrzeb obozu stolarni. Pozostając przy życiu do września 1944 roku uciekł wraz z pięcioma innymi Polakami. Przez następne kilka miesięcy przebywał w oddziałach partyzanckich Beskidu Żywieckiego by po zakończeniu wojny powrócić do Bydgoszczy.

Lata powojenne pozwoliły dziadkowi kontynuować pasję. Wiele razy sprzedaż rzeźby ratowała finansowo rodzinę dziadka. W latach 50-tych z bydgoskich parafii płynęły zamówienia na rzeźby figur boskich. Dziadek nawiązał kontakt ze środowiskiem kościelnym. Wówczas rozpoczął naukę rzemiosła kamieniarskiego by w 1961 roku uzyskać dyplom mistrzowski i otworzyć swój zakład. Zapewniało mu to wystarczające dochody i pozwalało przetrwać w tych trudnych czasach. Trudnych tym bardziej dla dziadka, gdyż nie chciał wstąpić do partii. W 1961 roku jako czwarte dziecko urodził się mój ojciec. Przez lata 60-te dziadek utrzymując swoją rodzinę rzeźbił nadal. Jego prace znalazły się w wielu kościołach. Zyskał uznanie wśród artystów i rzeźbiarzy Bydgoszczy. Wybudował nowy dom, do którego wprowadził się wraz z rodziną. Na początku lat 70-tych ukończył budowę zakładu i pracowni, które do dziś mieszczą się na tyłach domu. Pomimo licznych trudności, w tym przeszkód ekonomicznych, udało się dziadkowi osiągnąć stabilizację pamiętając o tym, co w życiu zawodowym najważniejsze – o pasji. Lata 70-te to także życie rodzinne oraz przyjście na świat pierwszych wnuków.

Mój ojciec, jedyny męski potomek dziadka, ukończył niezwiązane z profesją kamieniarską technikum elektryczne. Z nastaniem lat 80-tych, kiedy kraj ogarnął kryzys gospodarczy urodziłem się ja. Ojciec postanowił pomóc w zakładzie. Pracując ciężko razem z dziadkiem stopniowo przejmował jego obowiązki zdobywając doświadczenie. Zamieszkaliśmy wtedy w urządzonej dla naszych podstawowych potrzeb dawnej pracowni dziadka. Było ciasno jednak ja tego nie odczuwałem, gdyż byłem mały. Dziadek bardzo nam pomógł. Gdyby nie on nasz los byłby ciężki. Pracownię dziadka przeniesiono do jego domu. Tam zmagając się z upływem czasu i skutkami starości rzeźbił nadal. Ojciec przetrzymał lata 80-te. W 1986 roku, po pięciu latach doskonalenia fachu uzyskał dyplom mistrzowski. Zamieszkaliśmy wtedy w większym mieszkaniu. W następnej dekadzie prowadził zakład stawiając czoła nowemu rynkowi kamieniarskiemu i powstającej w szybkim tempie „sezonowej” konkurencji. Dostęp do kamienia poszerzył się. Technika obróbki z zachodu Europy zagościła w progach dużych firm trudniących się sprzedażą kamienia w ilościach hurtowych. Takie zakłady stały się zbyt silnymi rywalami. Pomimo tego firma ojca istnieje do dziś. Jeżeli w przyszłości zaistnieje taka możliwość, chciałbym kontynuować pracę w zakładzie na mniejszą skalę, koncentrując się na doskonaleniu rzemiosła. Doświadczenia, jakiego mogę nabyć od ojca nie zapewni mi żadna szkoła.

Latem 2004 roku zrozumiałem. Mamy za sobą przeszło 40 lat tradycji. Ponad 40 lat zmagania się z polską kapryśną rzeczywistością. Jeżeli to wszystko przetrwało do dziś, nie mogę tego stracić. Chciałbym powiedzieć to mojemu dziadkowi…

Dziadek zmarł jesienią 2000 roku. Jego ostatnia rzeźba, a jest nią twarz chrystusowa, została nieukończona. Wraz ze śmiercią, legenda dziadka zaświeciła i w mojej głowie. Poruszony do łez jego stratą uświadomiłem sobie jak wiele odeszło wraz z nim. Za każdym razem, gdy przychodzę do zakładu, czuję jak czas przemija a życie jest krótkie. Lecz nie to wzbudza mój lęk. Bardziej niż śmierci boję się bycia zapomnianym. Jest tylko jeden sposób by temu zapobiec – TWORZYĆ.